Widok na Czarny Staw Gąsienicowy z żółtego szlaku na Granaty

Tatrzańskie Granaty, czyli
pierwsze zetknięcie z Orlą Percią

Od czasu otwarcia szlaku zginęło już tutaj ponad 140 osób. Jak w rzeczywistości wygląda przejście najtrudniejszej i zarazem najpopularniejszej w Tatrach Wysokich graniówki?

Orla Perć jest powszechnie uważana za jeden z najtrudniejszych szlaków turystycznych w Tatrach. Często jest zatem wybierana przez śmiałków-pyszałków chcących sprawdzić swoje umiejętności górskie, odporność na dużą ekspozycję i nauczyć się wspinaczki skalnej – oczywiście bez asekuracji. Nie inaczej było z nami.

Zanim jednak podeszliśmy do Orlej Perci, przeszliśmy trochę Tatr Zachodnich oraz zdobyliśmy kilka łatwiejszych szczytów w Tatrach Wysokich, jak choćby Zawrat, Szpiglasowy Wierch czy Kościelec. Nie zdecydowaliśmy się też od razu na przejście całej grani, lecz tylko odcinka od Skrajnego Granatu do Zadniego Granatu.

Ale po kolei…

Z widokiem na Orlą Perć. Potraficie rozpoznać do którego miejsca Was zabieram?

Spacer przez doliny

Wyjazd w Tatry był dość spontaniczny, zatem nie udało się zarezerwować noclegów w schroniskach. Właściwie to wszystkie schroniska były pozajmowane na kilka tygodni do przodu. Taki urok pięknych miejsc – zawsze będzie tłoczno i noclegi trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Lub nadrabiać kilometry i ruszać z miasta.

By dotrzeć do Granatów, ustawiliśmy budzik na 4 rano. Do lasu wchodziliśmy od dzielnicy Jaszczurówka jeszcze w ciemnościach, by godzinę później móc obserwować wschodzące słońce na Polanie Olczyskiej. Na szczęście pogoda dopisała i trud nie poszedł na marne!

Zaspana tatrzańska dolina o poranku.

Polana Olczyska

Następnie trasa przebiega przez Przełęcz między Kopami do Hali Gąsienicowej. Dojście do tego miejsca z Jaszczurówki zajęło dobre 2 godziny i już lekko nas wymęczyło, a to dopiero początek. Po raz kolejny poczuliśmy żal wynikający z braku wolnych miejsc w schronisku Murowaniec, bo to już kilkukrotnie powtarzany odcinek podczas tego wyjazdu.

Plusem jest jednak motywacja do wczesnego wstawania, a nagrodą lepsze zdjęcia. Każdy fotografujący wie, że poranne światło stwarza idealne warunki do fotografii krajobrazowej.

Nie zgadniecie co to za miejsce, więc Wam podpowiem… Hala Gąsienicowa, Tatry.

Przez Czarny Staw Gąsienicowy na Skrajny Granat

W schronisku nie siedzieliśmy za długo, choć jedno jest warte odnotowania. Mimo letniego sezonu (wrzesień) i idealnych warunków pogodowych, w schronisku panowały pustki! Oczywiście wszystko to zasługa wczesnej godziny. Taternicy śpiący w schronisku już dawno wyszli na szlaki, a turyści nie zdążyli jeszcze dotrzeć na miejsce.

Tymczasem my skierowaliśmy się w kierunku Czarnego Stawu Gąsienicowego. Prowadzi tutaj niebieski szlak wyłożony kamiennymi płytami, po których marsz jest szybki i przyjemny.

Pół godziny później siedzieliśmy nad stawem, spożywając drugie śniadanie i podziwiając Orlą Perć oraz Kościelec.

Niebieski szlak z Hali Gąsienicowej do Czarnego Stawu Gąsienicowego.

Po dłuższej przerwie nad stawem, postanowiliśmy ruszać dalej. I wyżej. Od teraz bowiem kończy się spacerek, a zaczyna ostre napieranie pod górę. Kolejnym przystankiem jest Skrajny Granat na wysokości 2226 m, czyli czeka nas ponad 600 metrów przewyższenia na odcinku 1,5 km.

Nasze ostatnie chwile w dolinach. Od tego miejsca zaczyna się właściwy szlak na Granaty.

Czarny Staw Gąsienicowy

Początkowo na trasie są ułożone strome stopnie, po których maszeruje się bezpiecznie i wygodnie. Jedyne na co mogliśmy w tej chwili narzekać to palące słońce, które wcześniej tak ładnie komponowało zdjęcia i poprawiało wypoczynek nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. Warto mieć pod ręką olejek do opalania z mocnym filtrem UV.

Nie mieliśmy jednak czasu i ochoty na narzekanie, bo widoki rekompensowały wszystko. Zmęczenie i niechęć do przegrzania były więc dobrą wymówką do częstych przerw i możliwości podziwiania panoramy zza pleców.

Spokojne podejście żółtym szlakiem w kierunku Skrajnego Granatu.

Dalej jest tylko ciekawiej. Betonowe schody zamieniają się w gruzowisko z milionem kamyków, które uciekają pod butami i mogą spowodować małą, ale groźną lawinę kamienną. W takich sytuacjach, idąc za innymi osobami, bezpiecznie byłoby mieć na głowie kask.

Kawałek dalej zaczynają się pierwsze skały, po których poruszanie się wymaga już użycia rąk. Nie jest to jednak szczególnie skomplikowane, choć warto mieć ze sobą rękawiczki. W trudniejszych momentach pojawia się łańcuch, a później klamra. Kilkukrotnie jest też spora ekspozycja, ale przy tak pięknej, bezwietrznej pogodzie nie ma mowy o jakimkolwiek ryzyku.

Im wyżej podchodzimy, tym ciekawsza panorama na Czarny Staw Gąsienicowy.

Po około dwóch godzinach stanęliśmy na Skrajnym Granacie. Z tego miejsca widać Zadni Granat oraz grań, którą musimy tam dojść. I w tym momencie poczułem lęk wysokości i lekkie przerażenie przed kontynuacją trasy. Ekspozycja na grani wydaje się dużo większa niż wcześniej, a do tego doszła konieczność wspinaczki nad przepaściami. Wycof też nie wydaje się najfajniejszą opcją, bo schodzenie po skałach jest trudniejsze niż wchodzenie.

Pozostaje odsunąć strach na bok i napierać dalej.

Orla Perć: Skrajny Granat – Zadni Granat

W chwili po dotarciu na szczyt, pogoda się psuje i zamiast ciepłego letniego słońca, pojawiły się chmury i wiatr, zmuszając nas do założenia kurtek. Na szczęście nie pada, więc czas na przerwę obiadową. Dalsza trasa wygląda strasznie, a jak umierać to na pewno nie z pustym brzuchem. W takich okolicznościach kanapki smakują podwójnie dobrze, choćby były z niedobrą konserwą i uprzednio wygrzewały się kilka godzin w plecaku.

Z oddali przejście do Zadniego Granatu wygląda niebezpiecznie, ale wraz ze zbliżaniem się do skał i pokonywaniem kolejnych odcinków, obawy zaczęły mijać. Największym problemem wcale nie okazała się wspinaczka nad przepaścią czy odpadające kamienie, lecz tłumy ludzi poruszających się w obu kierunkach. Wielu z nich niestety nie przestrzega podstawowych zasad bezpieczeństwa, chwytając zajęty łańcuch czy nie czekając aż druga osoba przejdzie skałę.

By przejść ten fragment, potrzebujecie przede wszystkim cierpliwości.

Przejście granią między Skrajnym Granatem i Zadnim Granatem.

Warto jeszcze wspomnieć o drobnej pułapce. Pomiędzy Granatami, tuż przy Skrajnej Sieczkowej Przełączce znajduje się odejście na Żleb Drege’a. Przechodząc przez Granaty po raz pierwszy, oczywiście skierowaliśmy się w tym kierunku. Prowadzi tam łatwa droga i początkowo myśleliśmy, że są po prostu dwa sposoby dojścia do Skrajnego Granatu. I nie byliśmy jedynymi, którzy tak uważali, bo po kilkunastu metrach spotkaliśmy cofających się turystów, którzy opowiedzieli o niebezpiecznym kominie i braku przejścia bez sprzętu wspinaczkowego.

Jak później sprawdziliśmy, Żleb Drege’a to śmiertelna pułapka bez wyjścia, która już pochłonęła kilka żywot. I do której w miarę regularnie muszą kierować się ratownicy TOPR.

Powrót do Hali Gąsienicowej

Po zdobyciu Zadniego Granatu (2 240 m), skierowaliśmy się zielonym szlakiem w kierunku Zmarzłego Stawu Gąsienicowego. Trasa okazała się dużo łatwiejsza niż początkowe wejście na Skrajny Granat. W tym też miejscu skończyła się wspinaczka, choć jeszcze kilkukrotnie potrzebowaliśmy używać rąk do podparcia przy zejściu z większych skał. W żadnym już jednak miejscu nie było dużej ekspozycji i teren łagodnie opadał.

Dużym plusem tego odcinka szlaku są kapitalne widoki na Orlą Perć. Z tak niewielkiej odległości grań sprawia ogromne wrażenie, a pochmurne i nieprzyjazne niebo stanowiło doskonałe tło dla zdjęć.

Szlak od Zadniego Grantu do Czarnego Stawu w większości prowadzi kamiennymi schodami.

Po kolejnej godzinie byliśmy nad Zmarzłym Stawem Gąsienicowym, gdzie wielu robiło przerwę i pozwalało odpocząć mocno wymęczonym kolanom. To też doskonałe miejsce na obserwowanie szczytów i poruszających się małych ludzików na nich.

Do schroniska Murowaniec pozostała nam kolejna godzina marszu, gdzie wypiliśmy zasłużone piwo i ruszyliśmy ku miastu. W Zakopanem byliśmy po godzinie 17, czyli cała wycieczka zajęła dwanaście godzin. I był to bardzo dobrze wykorzystany czas!